czwartek, 5 sierpnia 2010

Siedmiu wspaniałych, nie licząc elfek... cz. 1

Przybyli jak zwykle w sześciu, od północy. Przejeżdżali przez wieś śmiejąc się, przy akompaniamencie trzaskających okiennic. Jak zwykle podjechali do karczmy. Jak zwykle jeden z nich głośno zażądał przyniesienia „podatku” nałożonego na wieś. Jak zwykle cała szóstka przywiązała konie do palików i weszła do karczmy, w oczekiwaniu na przyniesienie podatku. Wnętrze jednak nie wyglądało tak, jak zwykle.
Zwykle wnętrze karczmy o tej porze było puste, jeśli nie liczyć przestraszonego, kłaniającego się karczmarza, oraz równie wystraszonej dziewki służebnej. Ale nie dziś. Dziś w karczmie przebywała trójka podróżnych. Przy jednym ze stolików siedziały dwie kobiety. Dokładniej – elfki. Kontrast między nimi był wyraźny. Jedna z nich miała perłową skórę, z odrobiną błękitu na policzkach, a jej włosy były kruczoczarne. Druga z kolei miała skórę barwy czekolady i srebrne włosy, częściowo zaplecione w misterne warkoczyki. Pierwsza ubrana była w skórzany kaftan i mithralową kolczugę, wyglądającą na równie giętką i niewygodną, co jedwabna koszula. Druga miała na sobie przewiewną szatę, podkreślającą jej kształty. Obie jednak były szczupłe i niewysokie. Obie promieniowały typowo elfią, niezwykłą urodą. I wreszcie, obie kobiety miały identycznie szafirowe oczy. Elfki pogrążone były w cichej rozmowie i wyraźnie nie zauważyły jeszcze nowo przybyłych.
Przybysze spojrzeli na obie kobiety, potem po sobie, uśmiechając się obleśnie i lubieżnie, zdecydowanie oczekując kilku chwil dobrej zabawy. Zatem poświęcili jedynie kilka spojrzeń trzeciemu z gości – młodemu mężczyźnie w skórzanym kaftanie ze słońcem wytłoczonym na piersi. Nie zauważyli też miecza, spoczywającego na ławie w zasięgu dłoni mężczyzny.
Przywódca bandy, stereotypowo łysy, z opaską na oku i brakującymi przednimi zębami, podszedł do stolika elfek. Jego orszak zaś podążył za nim. Z ust całej szóstki nie znikały paskudnie lubieżne uśmiechy, najwyraźniej przypieczętowujące los kobiet jako rozrywki wieczoru. Łysy stanął przy stoliku, po czym oparł się o niego pięściami, uśmiechając nieco szerzej. Karczmarz nerwowo zacisnął dłonie na szmacie, aż kłykcie mu pobielały. Kelnerka przycisnęła drewnianą tacę do piersi.
- Witajcie ślicznotki. Macie ochotę na chwilę zabawy z prawdziwym mężczyzną? – łysy wyraźnie postąpił zgodnie z tradycją, klasycznym otwarciem końskich zalotów, których ostateczny cel był aż nazbyt wyraźny.
Słowa te przerwały półszeptaną rozmowę kobiet. Obie odwróciły głowy, przenosząc spojrzenia na bandę. Ciemnoskóra elfka uniosła brwi, układając je w pytający łuk, posyłając łysemu i jego bandzie pytające spojrzenie.
- Bardzo chętnie – powiedziała. - A wiesz, gdzie możemy go znaleźć?
Czoło łysego zmarszczyło się lekko, jakby dostał odpowiedź, której się nie spodziewał. W końcu śliczne, bezbronne elfki powinny co najmniej zmieszać się, a nie zadawać bezczelne pytania. Niemniej łysy szybko opanował zmieszanie.
- Mówię o nas, elfko – warknął. – Spędzicie z nami kilka miłych chwil?
Ciemnoskóra elfka już otwierała usta by coś odpowiedzieć, gdy uprzedził ją cichy zgrzyt dobywanej stali.
- Odsuńcie się od tych dam, obwiesie i grzecznie wyjdźcie stąd, po czym odjedźcie w swoją stronę, a nie stanie się wam krzywda – powiedział ktoś za plecami bandytów.
Bandyci odwrócili się, spoglądając z zaskoczeniem na zlekceważonego przez nich dotąd młodego, ciemnowłosego mężczyznę. Młodzieniec trzymał oburącz miecz, wyraźnie pokazując, iż wie co z nim zrobić. Bandyci widząc to wolno rozstawili się w półkolu, sięgając po własną broń.
- Trzeba było siedzieć cicho i się nie wtrącać – odezwał się łysy, mrużąc oczy. – Z drugiej jednak strony… - rozpogodził się gwałtownie – przydasz się. Te dwie nie dadzą rady obsłużyć nas wszystkich.
Jego towarzysze głośnym rechotem przyjęli jego słowa. Młodzieniec mocniej zacisnął dłonie na rękojeści miecza, starając się nie spuszczać wzroku z otaczających go powoli bandytów. W sali rozległ się ponownie zgrzyt stali, gdy siedem mieczy opuściło pochwy. Bandyta na prawo od łysego ruszył jako pierwszy, wykonując cios na odlew, bez problemu sparowany przez młodzieńca. Oczywiście, nie mogło mieć to żadnego znaczenia przy takiej przewadze liczebnej, gdyż nieomal jednocześnie ruszył jeden z bandytów, z drugiej strony starając się rękojeścią ogłuszyć młodego rycerza.
Cios ten jednak nigdy nie doszedł celu. Uderzenie stali o stal zagłuszyło bowiem kilka magicznych fraz wypowiedzianych przez ciemnoskórą elfkę. Pięć srebrzystych pocisków trafiło w pięciu bandytów, powalając dwóch z nich i raniąc trzech pozostałych. Ci, którzy wciąż stali na nogach – wśród nich łysy - odwrócili się zaskoczeni, spoglądając na elfki i tracąc nagle ochotę do walki. Ciemnowłosa, blada elfka trzymała oburącz srebrzyste, wyraźnie elfiej roboty ostrze, lekko połyskujące magiczną energią. Druga z elfek, ciemnoskóra, trzymała w lewej dłoni różdżkę. Prawa dłoń, lekko uniesiona, wskazywała na jej gotowość do rzucenia kolejnego zaklęcia. Również młodzieniec spojrzał na obie kobiety z wyraźnym zdumieniem.
- Zabierzcie tych co padli i wynoście się stąd – powiedziała ciemnoskóra elfka spokojnym, dobitnym, nie dopuszczającym sprzeciwu głosem – albo was wszystkich stąd wyniosą. Prosto na żalnik.
Łysy zawahał się tylko chwilę, po czym skinął na kamratów i cała czwórka, zabierając dwóch padłych towarzyszy, ruszyła ku drzwiom. Drzwi jednak otworzyły się, zanim zdołali do nich dotrzeć. Stanął w nich srebrnowłosy i jasnoskóry elf, który jednym spojrzeniem omiótł salę, po czym odsunął się na bok, przepuszczając całą szóstkę.
- Jeszcze tu wrócimy, wiedźmo – powiedział stereotypowo łysy, wychodząc, spluwając w stronę elfki.
- Nie powiem, żebym za wami tęskniła – odparła elfka, ze złośliwym uśmieszkiem, mrużąc lekko oczy.
Bandyci wyszli z karczmy, zabrali konie i powoli opuścili wioskę, wyraźnie zapominając o wciąż niedostarczonym okupie. Pobladły karczmarz i równie blada i wystraszona kelnerka spoglądali to na elfki, to na młodzieńca, to na elfa, który właśnie wkroczył do karczmy. Karczmarz wyszeptał coś cicho do kelnerki, a ta wymknęła się do kuchni, na co nikt uwagi nie zwrócił.
- Co tu się stało Sinzyne? – spytał w końcu elf, zwracając się do ciemnoskórej elfki i przerywając w ten sposób ciszę. – Czy ani na moment nie można zostawić cię samej?
- Te dwie damy zostały osaczone i znieważone przez tych sześciu obwiesi – odważył się wtrącić młodzieniec. – Na honor, jako paladyn w służbie Amaunatora, nie mogłem tego tak zostawić.
- Sami zaczepili, sami powinni się bronić – stwierdził w odpowiedzi elf, kręcąc głową i spoglądając na Sinzyne, z ust której nie znikał drwiący uśmieszek. – Sinzyne, powiesz coś? Wydawało mi się, że przybyliśmy do tej wioski w konkretnym celu.
- Ów paladyn – głos ciemnoskórej elfki zdradzał tylko minimalnie jej rozbawienie tym określeniem – dobrze ocenił sytuację. Jedynie zbyt pochopnie wkroczył do działania, wyraźnie nie wiedząc jednak że, poradziłybyśmy sobie z nimi – elfka puściła tu oko ku młodzieńcowi, który o dziwo zarumienił się lekko. Elfka spojrzała prosto na paladyna, wciąż uśmiechając się nieznacznie. – Pozbawiłeś mnie rozrywki, której tak mi brakowało. Co masz na swoje usprawiedliwienie?
Zmieszany młodzieniec zaczął się jąkać.
- Ja… ummm… to znaczy, Pani… - zamrugał jednak, gdy elfka zaśmiała się głośno.
- Jak cię zwą, rycerzu? – spytała w końcu.
- Cantrugh – odparł, wciąż wyraźnie zmieszany. Cantrugh z Elturel, paladyn w służbie Amaunatora.
Na twarzy elfki wciąż gościł lekko złośliwy uśmieszek.
- No więc Cantrughu z Elturel, paladynie w służbie Amaunatora. Dziękujemy ci za twą pomoc – elfka skłoniła się lekko. – Ja zwę się Sinzyne z Rodu Ousstlar. Ma milcząca towarzyszka z mieczem – Sinzyne skinęła ku ciemnowłosej elfce - to Leirelle z Rodu Earisienne. Zaś nasz towarzysz – skinęła tym razem ku elfowi, przyglądającemu się całej scenie z wyraźną dezaprobatą – to Lord Saeval z Rodu Noirwen z Evermeet. A teraz, gdy już się znamy… - tu elfka przerwała, spoglądając zaskoczona na drzwi, w których stało kilku mieszkańców wioski, a za nimi wciąż wystraszona kelnerka. Jej brwi, po raz kolejny w ciągu ostatnich kilkunastu chwil, wygięły się w pytający łuk.
- Dlaczego to zrobiliście? – spytał jeden z wieśniaków, wyraźnie przywódca.
- Co zrobiliśmy? – spytała niewinne Sinzyne.
- Przegoniliście ich. Dlaczego?
- Dobre pytanie – elfka wzruszyła ramionami, po czym zaczęła wyliczać na palcach. – Po pierwsze, zakłócili nasz spokój. Po drugie, zakłócili nasz spokój… czy powinnam dodać zakłócenie spokoju jako trzecie…?
- To nie jest śmieszne, elfko! – warknął inny z wieśniaków, wyraźnie zdenerwowany. – Czy wiesz, kim oni byli?
- Nie, ale zakładam, że za chwilę się dowiem.
- A żebyś wiedziała! To byli poborcy Shennara!
Cdn.

Brak komentarzy: