poniedziałek, 10 maja 2010

Sinzyne Ousstlar

Sshamath. Miasto Mrocznych Sieci. Centrum handlu wszelaką magią, zarówno dla mieszkańców Podmroku, jak i dla pozbawionych skrupułów naziemców. Miasto, na bazarach którego można znaleźć nieomal wszystko, czego się szuka. Jedyne miasto drowów, gdzie magowie wszelkich nieomal ras są mile widziani, jeśli tylko przybywają w interesach. Mój dawny dom.


1.

Urodziłam się w ubogiej drowiej rodzinie, zajmującej się uprawą grzybów. Oznaczało to, iż moje życie zapowiadało się niewesoło. Najlepszym, na co mogłabym liczyć była ciężka praca przy hodowli grzybów. Brudna i śmierdząca. Moja pozycja miała być jedynie nieco lepsza, niż śmierdzącego gol – goblina niewolnika robiącego to samo pod kierunkiem wojowników z któregoś z rodów, czy też służącemu któremuś magowi. Jak zatem odmienił się mój los? Mogę określić to jako wolę Lolth, lub też zwykły przypadek. Przypadek, który sprawił, iż Kyrsarra, niska rangą czarodziejka ze Szkoły Magów przybyła na pole na którym pracowałam przy uprawie grzybów – wykorzystując jednak każdy moment nieuwagi rodziców czy starszego rodzeństwa, na zabawę swymi wrodzonymi zdolnościami.
Miałam wtedy raptem kilkanaście lat. Moje umiejętności językowe były ograniczone tym co mogłam zasłyszeć od rodziców, czy starszego rodzeństwa, których słownictwo było ubogie. Mimo to, nietrudno było zrozumieć to, czego chciała ta dziwna, bogata drowka, z zaskoczeniem przyglądająca się mej zabawie ogniem faerie i światełkami, jakie każde drowie dziecko uczyło się wytwarzać prędzej czy później. Jak się jednak dowiedziałam później, nie każde drowie dziecko potrafiło tworzyć z światełek różnokolorowe kompozycje, dodatkowo podkreślane rozświetlającymi je ogniami faerie. Co pomyślałam, widząc mych rodziców rozmawiających z tą kobietą.. a potem z dziwacznym wyrazem twarzy przyjmujących dość ciężką sakiewkę? Nie pamiętam już. Jednak chwilę później wraz z mą nową nauczycielką udałam się ku miejscu, mającym stać się mym domem.


2.

I tak zaczęłam swoją powolną „naukę” magii pod opieką Pani Kyrssarry. Byłam jej uczennicą… chociaż lepszym określeniem chyba byłoby „osobista służąca i popychadło”. Wykonywałam wszelkie najbrudniejsze prace, których nie chciała – lub nie odważyła się – powierzyć służącym jej goblinom. Tylko ja miałam prawo wstępu do jej prywatnych komnat – gdy już je opuściła. Czyściłam zatem jej nocne naczynia, zajmowałam się jej ubraniami, utrzymywałam we właściwej czystości zlewki w laboratorium, czy nawet przygotowywałam kąpiel. W zamian jednak poznałam wpierw to, co mieszkańcy powierzchni nazywają „najprostszym czarem”. Nauczyłam się czytać i pisać w skomplikowanym alfabecie drowów. Poznawałam również, powoli, w nielicznych chwilach wolnego czasu, podstawy dwóch innych języków i alfabetów, które miały mi być przydatne w dalszym opanowywaniu podstaw magii. Próby zwiedzania miasta na własną rękę zostały mi „wyperswadowane” po pierwszym razie, gdy zostałam schwytana. Lekcja była na tyle przekonująca, że nie próbowałam więcej wycieczek – nie bez pewności, że moja nieobecność pozostanie niezauważona.

Tak upłynęło wiele lat, w trakcie których powoli wdrażałam się w swe obowiązki i zaczynałam już poznawać podstawy Sztuki. I oto pewnego dnia, zamiast po skończeniu swych zwyczajnych obowiązków otrzymać kolejną, krótką lekcję teorii magii, usłyszałam „doskonałą nowinę”. Otóż moja droga Mistrzyni postanowiła skorzystać, jak to ujęła „z innych moich talentów. Jej zdaniem me skromne zdolności predestynowały mnie do dużo poważniejszych zadań, niż czyszczenie nocnych naczyń”. Oczywiście. Miałam stać się jej oczami i uszami w mieście. W przenośni – i dosłownie. Miałam zatrudnić się w jednej z karczm, popularnych wśród przybyszy do miasta, jako kelnerka, chociaż to ostatnie określenie było mi nieznane. Kyrssarra na życzenie, przy użyciu znanego tylko sobie zaklęcia, mogłaby korzystać z mych zmysłów przy pomocy magii. To miało, jak się wyraziła „umożliwić mi odpłacenie jej za jej dobroć i opiekę” a jej pozwolić na „wykrywanie zagrożeń dla naszego wspaniałego miasta”. Tak przynajmniej brzmiały oficjalne wyjaśnienia. W rzeczywistości zostałam skierowana do pracy w Gardle Lukhorna, dość ekskluzywnej tawernie. Gardło miało kształt olbrzymiego leja, otoczonego niszami, w których znajdowały się stoliki dla gości. Niektóre nisze dzięki magii wypełnione były wodą, pozwalając na obecność bardziej egzotycznej klienteli. Wewnętrzny lej pozwalał służbie, do której się zaliczałam, dzięki zaklętym czarem lewitacji broszom dostawać na poszczególne piętra karczmy, a także w wybranych przypadkach oddychać w miej przyjaznym środowisku.
Wśród gości karczmy można było spotkać zarówno duergarów czy kuo-toa jak też drowy z miast takich Ched Nasad czy nawet z odległego Menzoberranzan. Gościli w niej również ludzcy magowie z wielu krain, miast i warowni jak Calimshan, Mroczna Twierdza czy Thay – takie nazwy przynajmniej podawała ze złośliwym uśmiechem ma pani słuchając mych raportów, gdyż oni sami nierzadko starali się zataić swe pochodzenie. Moim zadaniem, oprócz podawania napitków i jedzenia, bywało również towarzyszenie im czasami po wizycie w karczmie. Upokorzenia, jakich doznałam podczas niektórych takich „wieczorów", wolałabym wymazać ze swej pamięci.

Oczywiście sama praca pozwoliła mi poznać kilka innych języków, używanych przez ludzkich gości karczmy – gdyż to tych gości najczęściej obsługiwałam. Do tej umiejętności nie przyznałam się nawet pani Kyrsarze.


3.

Kolejne lata swego życia spędzałam, dzieląc swój czas między pracę w karczmie oraz nieliczne lekcje magii udzielane mi przez mą Panią. Starałam się jak najlepiej postać te ochłapy wiedzy, którymi ma pani uznawała za stosowne się podzielić, w tym samym czasie wciąż będąc jej uszami i oczami zarówno w Gardle . Czy nie myślałam nad zmianą swego losu? Kilkakrotnie. Lecz dokąd miałabym się udać? Do innego maga? Nie potraktowałby mnie, sieroty i uciekinierki lepiej niż Kyrsarra. Inne miasta drowów, o których usłyszałam podczas swej pracy nie byłyby dla mnie przyjaźniejsze. W najlepszym wypadku byłabym tam wygnanką, usiłującą związać koniec z końcem. W najgorszym – niewolnicą. A znając los, jaki czekał niewolników w dowolnym mieście mej rasy wiedziałam, iż nie mam zamiaru być przez resztę życia czyjąś niewolnicą. Zresztą mimo wyczerpujących obowiązków, te dwie-trzy godziny dziennie wolności każdego dnia było czymś więcej, niż zaznałam przez lata służby bezpośrednio u Kyrsarry.

Wolność… Początkowo była czymś niezwykłym. Czymś, co smakowałam, ciesząc się każdą jej chwilą. Po tylu latach wreszcie mogłam bez obawy poruszać się po mieście, dbając jedynie o to, by wrócić do mej Mistrzyni na czas. Niewielkie pieniądze jakie pozwalała mi zatrzymywać Kyrsarra, pozwalały mi na folgowanie swoim niektórym kaprysom. Kilka razy udało mi się nawet uzbierać dostatecznie wiele, by odwiedzić jeden z tańszych domów masażu… chociaż trudno mi było utrzymać pieniądze w kieszeni i nie dać się ponieść jakiejś kolejnej zachciance.

Podczas jednej z takich wypraw byłam świadkiem sceny, która zapadła mi głęboko w pamięć. Na jednym z bazaarów dostrzegłam niewielkie zgromadzenie. W jego środku stała wysoka drowka, przemawiając donośnym głosem. Mówiła o jakiejś bogini innej niż Lolth. Bogini, która zachęcała wszystkich do wyjścia na powierzchnię i życia tam w pokoju, wraz z faerie, naszymi przeklętymi kuzynami. Było dla mnie oczywiste, iż bluźnierstwo wobec nauk kapłanek nie pozostanie długo nieukarane.. W końcu nawet wyznawcy Vhaerauna czy innych bóstw jakich wyznawców można było znaleźć w Sshamath, nie mieli na tyle wielkiego tupetu, by głosić swą wiarę aż tak otwarcie. Nie pomyliłam się w tym, iż niebawem pojawiła się grupa wojowników prowadzonych przez kapłankę Pajęczej Królowej. Jednak ku memu zaskoczeniu, zamiast dać się pojmać, drowka dobyła miecza i śpiewając jakąś pieśń zmierzyła się ze sługami Lolth i zwyciężyła, po czym zmierzyła wzrokiem zebranych i odeszła pomiędzy nieodległe budynki. Zaciekawiona śledziłam ją spojrzeniem. Kim była ta bogini, owa Eilistraee, której kapłanka w tak prosty sposób poradziła sobie ze sługami mej patronki? Początkowo próbowałam odnaleźć ową kobietę, dowiedzieć się czegoś więcej... lecz w końcu straciłam zainteresowanie.


4.

Mój los odmienił się po raz kolejny niedługo po okresie, zwanym powszechnie Milczeniem Lolth. Był to dzień, gdy ma pani postanowiła wykorzystać zdobywane przeze mnie informacje w bardziej praktyczny sposób. Odwołała mnie z karczmy, informując iż „niebawem wyruszamy w dalszą podróż, w trakcie której będzie potrzebowała mej nieocenionej pomocy”. Nie powiedziała jednak ani dokąd zmierzamy, ani też w jakim celu. Dostałam niewiele czasu na spakowanie swych nielicznych przedmiotów – oraz kufrów mej pani – i wyruszyłyśmy, wpierw dzięki mocy lewitacji ku wyjściu z miasta u jego sklepienia, a po przebyciu granic barier ochronnych ma pani przeniosła nas dzięki teleportacji gdzieś na powierzchnię. Stamtąd czekała nas kolejna teleportacja do niewielkiej pieczary, skąd ruszyłyśmy krętymi wąskimi korytarzami przed siebie. I nagle znalazłyśmy się w ogromnej jaskini o kształcie leżącego buta. Ona, jak się dowiedziałam była naszym celem. Było to miasto Skullport.

W porównaniu z pięknem architektury mego rodzinnego Sshamath, Skullport był potwornie brzydki. Nie miałam jednak nadmiernej okazji „podziwiać” tego portu, gdyż Kyrsarra nieomal natychmiast zamknęła się wraz ze mną w „apartamencie”, jak szumnie nazwano dwa pokoje, które otrzymałyśmy na górnym piętrze tawerny „Śmiałość i Podwiązki”. Jeden niewielki, przeznaczony dla służących przypadł mi, drugi zaś, bardziej luksusowo wyposażony, przypadł oczywiście mej Mistrzyni. Tak wiec zajęłyśmy nasze pokoje – i ku memu zdziwieniu, otrzymałam pozwolenie na zwiedzenie miasta.

Moje kolejne wrażenie z krótkiej przechadzki po mieście nie różniło się od pierwszego. W całym Skullporcie czuć było mieszający się w powietrzu odór gnijących ryb, skwaśniałego potu wielu istot, dość szybko zrezygnowałam z chodzenia po szerszych uliczkach miasta, wracając w pośpiechu do karczmy.

Ku memu zaskoczeniu, z apartamentu mej pani usłyszałam głosy. Najwyraźniej przyjmowała ona gościa – rivvila. Rozmowa odbywała się w jednym z języków ludzi – języku, który poznałam pracując w Gardle. Słuchałam, podczas gdy ma Mistrzyni dość otwarcie opowiadała o swej planowanej wobec mnie zdradzie. Oczywiście, ona sama nie uważała tego za zdradę. Wykorzystanie swej służącej do jeszcze jednego celu było wszak czymś zwyczajnym.

Okazało się, iż na podstawie mych własnych raportów Kyrsarra dowiedziała się o dość potężnym artefakcie, znajdującym się w posiadaniu jakiegoś paszy – cokolwiek to znaczy. Artefakcie, który sama postanowiła zdobyć. Skontaktowała się zatem z synem owego paszy – jej rozmówcą w celu ubicia interesu. Kyrsarra miała zabić paszę, pozwalając jego synowi przejąć władzę nad majątkiem. W zamian, otrzymałaby od nowego paszy ów przedmiot pożądania. A ja miałam stać się narzędziem mordu – podarowana przez owego rivvila jako niewolnica i konkubina, poddana mentalnej kontroli mej Mistrzyni. Mój dalszy los niezbyt ją obchodził – najwyraźniej już miała na oku kolejną „uczennicę”.

Wiedziałam, iż nie zostało mi zbyt wiele czasu na przygotowania, jeśli chciałam uniknąć tego losu. Kyrsarra planowała uśpić mą czujność kolacją, podczas której razem wypiłybyśmy wino. Trunek, zawierający narkotyk mający pozbawić mnie zmysłów. Oczywiście ma Pani wcześniej zażyłaby antidotum… tutaj kryła się moja nadzieja. Gdy Kyrsarra, dość nietypowo dla siebie, zeszła na dół zamówić posiłek do naszego „apartamentu”, wkradłam się do jej pokoju by podmienić posiadane przez nią antidotum na placebo, oraz zażyć właściwy środek. Najwyraźniej Mroczna Matka była mi łaskawa, gdyż wszystko leżało na wierzchu – tym razem ma Mistrzyni okazała się być zbyt pewną siebie i swego planu.

Tym razem kolacja przebiegła zgodnie z planem – moim planem. Po kilku łykach wina Kyrsarra zaskoczona osunęła się na stół, ja zaś zaczęłam działać. Szybko zebrałam swoje rzeczy, zabierając też mej Mistrzyni sakiewkę ze złotem. Przebrałam się w jedną z sukni mej pani, ją zaś ubrałam w jedną ze swoich, po czym zawlokłam do swej izdebki. Gdy po krótkim czasie zjawili się wysłannicy rivvila, wskazałam im do zabrania mą nieprzytomną byłą Mistrzynię, siląc się na jak najbardziej władczy ton. Kilka chwil później sama z niewielkim tobołkiem opuściłam karczmę, kierując się do doków. Na me szczęście nikt nie odważył się zaczepić bogato ubranej drowki, idącej po mieście pewnym krokiem. Podeszłam do statku, który zdawał się niedługo wyruszać.

Pewnym krokiem weszłam na pokład i przeprowadziłam krótka rozmowę z dowódcą. Widziałam jego strach przede mną - drowią czarodziejką, o bliżej nieokreślonej mocy. Krótka rozmowa pozwoliła nam dojść do porozumienia. W zamian za swą magię oraz złoto, które zabrałam Kyrsarrze, mogłam popłynąć do portu przeznaczenia jego statku. Portu, leżącego na wyspie, o nic nie mówiącej mi nazwie – Aeris.

0 comments: