Urodziłam się w Elfim Dworze, w 1281 roku od postawienia Stojącego Kamienia. Moi rodzice zaliczali się do pośledniej elfiej szlachty, chociaż talenty mego ojca sprawiły, iż stał się on jednym z cenionych doradców rady rządzącej mą pierwszą ojczyzną. Należał on do stronnictwa zdecydowanie opowiadającego się za pozostaniem na naszych prastarych ziemiach. Gdy Evermeet przysłało ofertę przyjęcia mieszkańców Cormanthoru, on znalazł się wśród przywódców stronnictwa opowiadającego się za odrzuceniem propozycji królowej Amlaruil. Gdy rozpoczął się Odwrót, ojciec zebrał grupę podobnie myślących elfów i zdecydował się pozostać mimo wszystko. To wtedy ostatni raz widziałam mą matkę, która odeszla na Evermeet. Sama zdecydowałam się pozostać na kontynencie.
Osada nasza znajdowała się na północny wschód od ziem zajmowanych przez ludzi, zwanych przez nich Pierzastą Doliną. Wysyłaliśmy patrole, których celem było dopilnowanie, by Elfi Dwór pozostał nietknięty przez rabusiów. Przez kilka lat spędzonych w tej osadzie uczyłam się zarówno podstaw magii, będącej naszym elfim dziedzictwem, jak i szermierki, do której jednakże nie miałam zbytniego talentu. Nasze życie zdawało sie sielanką, aż do tamtego pamiętnego dnia...
Zgodnie z kalendarzem ludzi był wówczas Tarsakh 1364 roku, chociaż nie jestem w stanie ustalić dokładniejszej daty. Tego właśnie dnia powrócił jeden z naszych patroli. Zwiadowcy zdradzali wyraźne oznaki zdenerwowania, chociaż nie udalo mi się dowiedzieć od razu co się stało... Dowódca pragnął jednak wpierw porozmawiać ze starszyzną, przedstawić im sytuację i pozostawić podjęcie decyzji. Nie zdołali jednak zapobiec plotkom, które wieczorem zastąpiła ponurą prawdą. W Elfim Dworze pojawiły się drowy. Starszyzna zaś podjęła decyzję o podjęciu walki i wyparciu naszych mrocznych kuzynów z naszej ojczyzny.
Mój ojciec wygłaszał właśnie te słowa, gdy nagle zakrztusił się, a z jego ust pociekła krew. Krew plamiła też jego szatę, z której wystawał grot bełtu z kuszy. Kolejne bełty zaczęły uderzać w inne elfy zgromadzone przed chatą rady, ja jednak byłam w stanie patrzeć tylko na to, jak mój ojciec osuwa się na ziemię. W końcu z mych ust wydobył się okrzyk rozpaczy, rzuciłam się do mego umierającego ojca, chociaż w tamtej chwili zdawało mi się, iż me kończyny są z ołowiu. Uklękłam przy jego ciele, chwytając jego dłoń, wpatrując sie w jego twarz, łzy ściekały mi po policzkach. Wokoło wciąż rozlegały się krzyki rannych i umierających elfów, ja zaś dostrzegłam jednego z napastników.
Drow miał skórę czarną niczym heban i włosy żółte niczym słoma, w rękach wciąż trzymał kuszę z której kilka chwil wcześniej wystrzelił. Jego twarz wykrzywił szyderczy uśmiech, gdy odrzucił kuszę i dobył miecza, powoli zbliżając się w moją stronę. Drżącymi rękami sięgnęłam do miecza, który mój ojciec nosił przypasany. Powstałam unosząc broń, niezbyt wprawnie i pewnie, zaczęła wzbierać we mnie wściekłość. Rzuciłam się na drowa biorąc dziki zamach. Mroczny elf niedbale uniósł broń parując mój zaciekły cios. Szyderczy wyraz jego twarzy niespodziewanie zmienił się jednak w grymas bólu, zaś spomiędzy żeber wydostał się sztych innego miecza... Na mojej twarzy musiało malować się zaskoczenie, gdy zobaczyłam, iż mordercą drowa był... inny drow. Moje zaskoczenie nie trwało jednak zbyt długo, ponownie uniosłam broń, tym razem uderzając w nowoprzybyłego. Drow starał się wyszarpnąć broń, która utknęła w ciele jego współplemieńca. Udało mu się to, ale zbyt późno. Ostrze mojego miecza wcięło się głęboko w jego szyję. Poczułam satysfakcję, widząc padającego na ziemię przeciwnika. W tej samej nieomal coś ukłuło mnie w ramię. Pogrążyłam się w ciemności.
Ocuciło mnie niedelikatne szarpnięcie. Chciałam się wyprostować, jednak przekonałam się, iż mam nadgarstki przywiązane do kostek. Otworzyłam oczy i chciałam krzyknąć, lecz knebel w mych ustach pozwolił mi jedynie na jęk. Zostałam brutalnie podniesiona na kolana, z tyłu słyszałam ciche śmiechy oraz komentarze. Nie rozumiałam słów, chociaż język zdawał się dziwnie znajomy, niczym zniekształcone odbicie mej własnej mowy. Raz jeszcze spojrzałam na to co rozgrywało się przede mną. A scena ta była niczym wyjęta z koszmaru – i faktycznie nawiedzała me sny przez kilka kolejnych dekadni. Na polanie przede mną znajdowali się tam nieliczni wciąż żywi mieszkańcy mej osady, związani i zakneblowani podobnie jak ja. Oprócz tego widziałam kilku wyraźnie rozbawionych drowów. Nie rozumiałam co mówią, chociaż zdołałam wśród ich słów wyłowić częściej pojawiający się zwrot - “Jiv'elgg hwuen elghinn”. Nie wiedziałam co on znaczył. lecz wkrótce miałam się przekonać. Drowy zaczęły systematycznie i powoli torturować ocalałych, wyjmując wcześniej z ich ust kneble, wyraźnie radując się krzykami bólu. Chciałam odwrócić głowę i zamknąć oczy, lecz któryś z mrocznych elfów to zauważył. Stanął za mną i śmiejąc się krzyknął coś do swych pobratymców, oni również zaczęli śmiać się. Zostałam zmuszona do patrzenia na całą scenę, zdając sobie powoli sprawę, iż umrę ostatnia, wcześniej oglądając śmierć wszystkich mych towarzyszy. Krzyczałam, przerażona, starając się wyrwać, bez skutku jednak. Wola walki ustępowała powoli miejsca beznadziei, desperacji i rozpaczy. Przestawałam się szamotać, wciąż jednak zmuszana do oglądania okrutnej kaźni. Z mych oczu płynęły łzy...
Scenę przerwał nagły świst miecza, którego ostrze błysnęło w świetle księżyca. Na polanie pojawiły się kolejne postaci, sprawnie rozprawiając się z drowimi oprawcami. Poczułam nagle, iż drow trzymający mnie dotąd puścił mnie, po chwili puściły również me więzy. Sztywno uniosłam się, obracając nieco spoglądając na wybawicielkę. Bowiem uwolniła mnie kobieta. Drowka. Spojrzałam na nią i nagle ponownie tej nocy ogarnęła mnie ciemność. Zemdlałam.
Gdy ponownie się ocknęłam, spostrzegłam nad sobą gałęzie tworzące dach. byłam w jakimś szałasie. Przekręciłam głowę, dostrzegając nieopodal wejścia miedzianowłosą elfkę, która uśmiechnęła się, widząc że odzyskałam świadomość i wybiegła z szałasu. Wróciła po chwili, z towarzyszką, a ja poczułam nagły przypływ paniki. Zerwałam się do kucek, po czym zaczęłam się cofać, do czasu aż plecami dotknęłam ściany szałasu, na mej twarzy musiała malować się panika. Albowiem towarzyszka miedzianowłosej była drowką. Drowka dostrzegła moją reakcję i nie próbowała nawet się zbliżyć. Nie spuszczając ze mnie wzroku wyszeptała coś elfce do ucha, po czym wyszła z szałasu. Elfka powoli podeszła do mnie, uśmiechając się ciepło, wyciągnęła ramiona. Coś we mnie pękło. Wtuliłam się w nią, szlochając cicho, wyrzucając z siebie emocje.
Przez pierwszych kilka dni spędzonych w obozowisku pozostawałam w szałasie, później poruszałam sie po całym obozie. Od miedzianowłosej elfki – Cieronne – dowiadywałam się wszystkiego o mieszkankach obozu, oraz bogini jaką wyznają - Eilistraee. Słuchałam tego wszystkiego z lekkim niedowierzaniem i chociaż początkowa panika stopniowo ustąpiła, to jednak nie byłam w stanie powstrzymać wzdrygnięcia za każdym razem, gdy widziałam którąś z drowek. Dręczyły mnie też każdej nocy koszmary, w których widziałam ostatnie chwile mej osady – koszmary mogące przydarzyć sie ludziom, nie jednej z Tel'Quessir, uniemożliwiające mi jednak wejście w Zadumę i prawdziwy odpoczynek. Z każdym kolejnym dniem byłam coraz bardziej zmęczona, zmierzając ku bramom Arvandoru. Cieronne, niskiej rangi kapłanka, nie była w stanie mi pomóc, zaś przyjęcia pomocy od drowich kapłanek odmawiałam.
Wszystko w mym życiu zmieniło się kolejnej nocy. Z koszmaru jaki ponownie zagrodził mą drogę ku Zadumie wyrwała mnie dziwna, nieomal hipnotyczna muzyka. Cicho wstałam, narzucając na siebie jedynie płaszcz i wyszłam z szałasu, który wciąż służył mi za mieszkanie. Podążając za melodią zagłębiłam się w las, nie dbając o swe bezpieczeństwo, lecz pragnąc jak najszybciej dotrzeć do źródła melodii. Nie przebyłam więcej niż dwie setki kroków, gdy wyszłam na polanę, oświetloną światłem księżyca. Na polanie była tylko jedna postać, tańcząca do melodii którą słyszałam. Była to wysoka drowka, której nigdy wcześniej nie widziałam w obozowisku. Jedynie tańczyła, najwyraźniej nadal mnie nie dostrzegając, ja zaś przyglądałam się tańcowi, podczas gdy w mym wnętrzu rosła ochota by przyłączyć się do kobiety... i po chwili to uczyniłam. Odrzuciłam płaszcz, me ciało samo zaczęło wykonywać ruchy będące odwzorowaniem ruchów tańczącej drowki.
Nie pamiętam jak wróciłam z polany do szałasu... jeśli w ogóle go opuściłam, lecz następnego ranka, ocknęłam się z Zadumy którą w końcu dane mi było osiągnąć. Koszmary również się skończyły. Wciąż mając w pamięci polanę i taniec, zaczęłam z coraz większym zainteresowaniem słuchać opowieści o Eilistraee. Wciąż ciężko było mi zwalczyć nieufność, którą potęgowały liczne opowieści o drowach jakie znałam z dzieciństwa, lecz kobiety wśród których przebywałam każdym swym czynem, każdą minutą życia, dawały świadectwo wiary którą wyznawały i głosiły. Początkowo zamierzałam udać się na ziemie zamieszkane przez ludzi, z dala od lasu, który wciąż przywoływał przykre wspomnienia, lecz każdego dnia znajdowałam jakiś powód by zostać jeszcze jeden lub dwa dni dłużej. Po kilku tygodniach przestałam się oszukiwać. Tego właśnie dnia udałam się do najwyższej kapłanki kręgu, Kysreene Var'ein by pozwoliła mi przystąpić do nowicjatu. Postanowiłam poświecić swe życie służbie Bogini.
Po kilku latach spędzonych wśród drowek, ponownie obudziła mnie melodia, taka jak ta która skierowała mnie ku Eilistraee. Lecz tym razem nie była równie nagląca. Poczułam wszakże, iż powinnam wyruszyć w podróż, daleką podróż. Pożegnałam się z kobietami, którym zawdzięczałam życie, które przez ostatnie lata stały się mą rodziną.
Melodia wiodła mnie na południe, poprzez krainę zwaną Krainą Dolin ku Cormyrowi, a następnie na zachód, ku Promenadzie Eilistraee i gościnności pani Qilue, następnie ku podziemnej przystani Skullportu. Tam wskazała mi statek, na który wsiadłam, podążając zgodnie z wolą Bogini, ku przeznaczeniu.
0 comments:
Prześlij komentarz