sobota, 27 wrzesień 2008

Myth Aeris - Prolog

Prolog

Był pogodny i ciepły wieczór w Aulos. Sierp księżyca w ostatniej kwadrze rozświetlał bruk i ściany budynków srebrzystym światłem. W mieście było ciszej niż zwykle. Ciszę przeplatały tylko okazjonalny krzyk morskiego ptaka, ciche okrzyki kurtyzan, kobiecy okrzyk bojowy barbarzyńców z Chulth, dochodzący od strony Rynny, delikatne uderzenia fal o nabrzeże doku, skrzyp drewna i olinowania zacumowanych okrętów, oraz okazjonalne marudzenie gnomofobofobicznego niezbyt-anonimowego-funkcjonariusza-UNG Herbinna.

Ambasador Evermeet Saeval Noirwen otrzepał rękawy po teleportacji z kontynentu, zadowolony z faktu, iż nie pomylił się tym razem przy rzuceniu tego zaklęcia. Kroczył cichym, pewnym krokiem w stronę wieży Konwentu, ciesząc się już na okazję sprawienia drobnej niespodzianki pewnej zarozumiałej nieco drowce. Nie obawiał się niczego, co mógł napotkać. W końcu niewiele istot na tej wyspie byłoby w stanie oprzeć się jego mocy… wkroczył w długi cień wieży, otworzył magiczny zamek i po chwili był w środku.

Rozejrzał się po głównym korytarzu Konwentu i z zadowoleniem spostrzegł światło dochodzące spod drzwi laboratorium. To mogła być tylko ona. Nikt inny w całej organizacji nie pracował z takim zapałem i nie był gotów siedzieć po nocach, byle tylko potwierdzić swoje teorie. Pewnym krokiem podszedł do drzwi, przekręcił gałkę, otwierając je cicho i… zamarł. Przed stołem laboratoryjnym stała młoda, niska i szczupła księżycowa elfka, ze zmarszczonym czołem przyglądając się bulgocącym retortom. Saeval z niedowierzaniem przetarł oczy. Leirelle Earisinenne, kapłanka Eilistraee, była ostatnia osoba, której by tu oczekiwał. Wszedł do pomieszczenia, odchrząkując cicho.

- Vedui’ arwen… - zaczął niepewnie.

Elfka spojrzała na niego, na jej delikatnej twarzyczce zagościła radość, jak również coś, co mogłoby być psotnym uśmiechem.

- Vedui’ heru en amin – odezwała się elfka melodyjnym, cichym, lecz przepełnionym pewnością siebie głosem. – Tak miło cię widzieć po tak długim okresie od naszego następnego spotkania – z niewiadomego powodu elfka mówiła we wspólnym. – Tak bardzo się stęskniłam… - dodała ciszej, podchodząc ku elfowi z wyciągniętymi ramionami.

Saeval zbaraniał, policzki mu pociemniały, uniósł ręce jakby chciał obronić się przed elfką. Bez powodzenia, gdyż tak szybko skróciła dystans między nimi, zarzucając mu ręce na szyje, przełamując jego wątłe protesty.

- Nie udawaj… - zamruczała cicho. – Pragniesz tego samego co ja.

Ostatnie słowa zostały wymruczane do ucha ambasadora. Ucha, które następnie zostało delikatnie skubnięte ząbkami elfki. Elf z trudem dochodził do siebie, zszokowany, starając się wyślizgnąć z uścisku dziewczyny, nie usłyszał zatem cichych kroków, które rozległy się za nim.

- Jestem, Leirelle. Przyniosłam to, o co prosiłaś i… - wchodząca do pomieszczenia szczupła i niska drowka, o srebrzysto-białych włosach, z dzwoneczkami na końcach cienkich warkoczyków, zamarła równie zaskoczona, jak wcześniej Saeval. – Dlaczego? – wydukała w końcu cicho, niepewnie.

Elfka zaśmiała się cicho, widząc minę drowki.

- Och, droga Sinzyne, nie udawaj… pragniesz tego tak jak ja. Ty, ja, on… czyż nie byłoby cudownie?

Mimo, iż skóra drowki była czarna niczym obsydian, widać było iż jej policzki pociemniały.

- Prosiłam cię, Leirelle… - rzekła drowka cichutko, ze smutkiem, kładąc nieświadomie dłoń na głowicy przypasanego miecza, z księżycowym kamieniem w rękojeści. – Nie czyń tak więcej.

Saeval, o którym kobiety najwyraźniej na chwilę zapomniały, wykorzystał okazję by wyślizgnąć się z uścisku Leirelle i spojrzeć w oczy Sinzyne, odchrząkując cicho.

- Melamin, to nie jest tak jak myślisz, ja… - oczy ambasadora powędrowały na chwilę do miecza u pasa drowki, potem z powrotem ku jej oczom, jego źrenice rozszerzyły się. – Sinzyne, czy… - spojrzał na elfkę, która wykrzywiła twarzyczkę w złośliwym uśmieszku.

- Mówiłam, że on się szybko domyśli, dalharil – stwierdziła elfka radośnie. – Ale niewątpliwie coś do ciebie czuje – zaśmiała się – ja poczułam to wyraźnie.

Saeval spojrzał na obie kobiety pobladły, jakby miał zaraz zasłabnąć.

- Czy któraś z was… nie. Czy możecie mi obie wyjaśnić co tutaj się dzieje?

Drowka westchnęła cicho, zamknęła drzwi spoglądając na ambasadora.

- To długa historia, heru en amin. Najlepiej, jeśli usiądziemy w ogrodzie i zacznę od początku.

Saeval tylko przytaknął, nie mając sił mówić czegokolwiek. Poszedł wraz z oboma kobietami do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie całą trójka zasiadła wygodnie w otoczeniu egzotycznych roślin.

- Zaczęło się to dekadzień temu, Saevalu… - zaczęła drowka – gdy razem podróżowałyśmy z Silwood, do Lasu Elfów…

Saeval słuchał i z każdym słowem jego źrenice rozszerzały się coraz bardziej. Powoli przestawał rozumieć cokolwiek.

cdn.

The Myth Aeris Project

Od pewnego czasu pracuję nad krótkimi opowiadaniami, osadzonymi w realiach Aeris - wyspy, będącej miejscem akcji Oficjalnego Polskiego Serwera NWN 2. Kolejne odcinki opowiadań pojawiać się będą równolegle na blogu, oraz na forum serwera.

wtorek, 2 wrzesień 2008

Forgotten Realms 4.0

Ostatnimi czasy w moje łapki wpadł wreszcie długo wyczekiwany "Forgotten Realms Campaign Guide", przeznaczony do 4 edycji Dungeons & Dragons. Oczywiście jasnym było, iż Setting czeka sporo zmian (w tym śmierć kilku z moich ulubionych bóstw *chlip*). Zatem otwieram drżącymi rękami oczekiwaną książkę i...
Cóż, na początek oglądam mapę. Niewielkie zaskoczenie, gdyż wykazane tam zmiany były wspominane wcześniej. Zamiast półwyspu Chult mamy wyspę, sama mapa stylem przypomina bardziej Fallout niż Faerun, kilka nowych państw i brak kilku starych, niemniej w sumie nic nowego.
Zatem przechodzę do książki i... tu zaczynają się niespodzianki. Sama książka spisana jest dość chaotycznie. Uzyskanie niektórych poszukiwanych informacji - uważanych przeze mnie za podstawowe - jest trudne, jeśli nie niemożliwe. Kto rządzi w Waterdeep? Jak się nazywa? By zdobyć tą wiadomość trzeba było bardzo uważnie przeczytać sześciostronicowy opis miasta. Jaka była historia Faerunu między 1385 a 1479? Kto z ważnych NPC przeżył a kto nie? Odpowiedzi na te pytania są w postaci szczątkowej, porozrzucane po całej książce. Nie ma jednej "linii czasowej" ukazującej historię świata, czy nawet poszczególnych krain. Większości państw poświęcone są ledwie dwie strony dość ogólnikowych informacji. A konia z rzędem temu, kto na podstawie informacji zawartych w FR:CG poda mi liczbę mieszkańców Waterdeep, Baldur's Gate, Neverwinter czy Luskan.
(Swoją drogą niektórzy stwierdzili, iż Neverwinter Nights 3 nie będzie, bo Neverwinter leży w ruinach - moim zdaniem jest to twierdzenie mocno na wyrost ;) Nie takie rzeczy tworzono ;) )

Przejdźmy zatem do konkretnych zmian. Oczywiście wiadomo, że zmieniło się sporo.
1. Nie ma już Twierdzy Zhentil, zniszczonej przez Netheril, zaś sam Zhentarim działa w zupełnie innym regionie. Fzoul Chembryl został Exarchą /półbogiem/ w służbie Bane'a.
2. Nie ma już Czerwonych Czarodziejów z Thay. Samo Thay stało się w praktyce nekrokracją z Szass Tamem na czele, zaś służący mu zulkirzy w większości są liczami. Czerwoni Czarodzieje zaś to gildia kupiecka, zajmująca się handlem magicznymi przedmiotami - z siedzibą w Mulmaster (w dużym uproszczeniu ;) ).
3. Nie ma Harfiarzy - rozwiązali się około 100 lat wcześniej.
4. Nieznany jest los co najmniej 3 z Siedmiu Sióstr. (Jest mowa o śmierci Alustriel, los Qilue i Sylune rozstrzygnął się wcześniej, Simbul ukrywa się na farmie Elminstera, ale los Storm, Dove i Laeral jest nieznany).
5. Nieznany jest los Miasta Nadziei - chociaż pewna kontrolowana przez sharnów organizacja jest jednym z "zagrożeń" dla krain.
6. Nieznany jest los co najmniej kilku innych kluczowych postaci krain.
7. Znany natomiast jest los Jarlaxle'a Baenre - wciąż tkwi na czele Bregan D'aerthe.
8. W Menzoberranzan rządzi Quenthel, która już dawno pozbyła się Triel.
9. Panteony poprzewracane do góry nogami - z Amaunatorem zamiast Lathandera (jak się okazało, tzw. herezja słońca nie była herezją...)
A to tylko początek zmian...

Ogólna opinia? Dla osoby nowej w FR, lubiącej budować świat w oparciu o luźny szkielet, podręcznik mogę ocenić na 8/10. Dla osób które jak ja kochają stare FR... cóż, zasługuje jedynie na 6/10 - ze względu przede wszystkim na chaos we wprowadzanych zmianach.

poniedziałek, 21 lipiec 2008

Rozmowa

Zdarzyło mi się ostatnio popełnić opowiadanko. Oto ono ;)


"Tego dnia w Urzędzie pokazano mi drzwi. Za drzwiami, w poczekalni przed salą konferencyjną w której miała odbyć się rozmowa, siedziało kilka zdenerwowanych dziewczyn ubranych w to, co najlepszego miały w szafach, przynajmniej we własnym mniemaniu. Chociaż byłam przyzwyczajona do pstrokacizny i bezguścia po kilku latach spędzonych na studiach w Warszawie, mieście wszak znacznie większym od mego rodzinnego Pcimia to jednak wzdrygnęłam się nieco na ten widok. Sama ubrałam się w szarą garsonkę, z kremową bluzką i morelową apaszką. W porównaniu z pstrokatymi kontrkandydatkami prezentowałam się... statecznie, jeśli tak to można ująć.
Gdy weszłam, zobaczyłam iż dziewczyny podnoszą się na mój widok.
- Pani kierownik, czy już? – usłyszałam od jednej z nich.
Uśmiechnęłam się lekko w odpowiedzi.
- Nie jestem panią kierownik, ja też przyszłam tutaj na rozmowę – odparłam.
- Ach... – kandydatki natychmiast straciły zainteresowanie mą skromną osobą i wróciły do ploteczek. Usiadłam na wolnym krześle, przysłuchując się rozmowom i rozglądając po pomieszczeniu. Rozmowy były banalne. Ot, zwykłe miejscowe ploteczki, jakich wiele w każdym małym miasteczku, gdzie każdy zna każdego. Osobiście nigdy nie przepadałam za czymś takim więc i teraz szybko straciłam zainteresowanie. Mą uwagę przykuło za to coś innego. Rozglądając się po pomieszczeniu dostrzegłam zainstalowane nowe czujniki dymu. Oczywiście, unijne przepisy nakazują instalację tego w każdym miejscu użyteczności publicznej, lecz czy one o tym wiedzą...? Spojrzałam na dziewczyny, a w mym umyśle zaczęła kiełkować pewna szatańska psota.
Wyszłam na chwilę na korytarz, kierując się do nieodległego pomieszczenia – sekretariatu samego Naczelnika. Przypadkiem znałam dziewczynę która w nim siedziała – jeszcze z licealnych czasów.
- Monika, to ty? – uśmiechnęła się na mój widok. – Co cię tu sprowadza?
- Casting, najwyraźniej – wskazałam na drzwi do poczekalni, gdzie czekały inne kandydatki. – Słuchaj Julka, możesz coś dla mnie zrobić...? – zaczęłam cicho wtajemniczać ją w plany mego złowieszczego spisku i po kilku
protestach otrzymałam wreszcie solenną obietnicę wypełnienia mego planu.
Wróciłam na swe miejsce i usiadłam, ponownie spoglądając na czujniki dymu. Spojrzałam na pozostałe dziewczyny i odezwałam się w sposób dość spokojny i opanowany, tłumiąc pojawiające się we mnie pragnienie wybuchnięcia śmiechem.
- Wiecie, że wszystkie tutejsze rozmowy są nagrywane?
Spokojny ton mej wypowiedzi sprawił, iż cała pstrokacizna zamarła, spoglądając na mnie z oszołomieniem, ja zaś ciągnęłam.
- O, tam są mikrofony – wskazałam na czujniki. – Nawet teraz Naczelnik i kierownicy nas zapewne słuchają i na podstawie naszych wypowiedzi decydują, którą z nas zatrudnić.
Odważniejsza z nich wyrwała się z oszołomienia i spojrzała na mnie z wyzwaniem.
- Bujasz. Skąd w takim małym urzędzie mikrofony? I po co ktoś miałby podsłuchiwać?
- Nie wierzycie? – odparłam spokojnie. – Proszę bardzo. Panie Naczelniku – odezwałam się nieco głośniej – poproszę sześć herbat do poczekalni, dla kandydatek.
Minutę później w drzwiach stanęła Julka, trzymająca tacę z sześcioma filiżankami herbaty. Pozostałym dziewczynom wyraźnie zrzedły miny, nie miały też wielkiej ochoty na herbatę. Ja zaś spokojnie radowałam się napojem, kryjąc swe rozbawienie.
***
Cisza nie trwała długo. Kilka minut później zaczęto nas wzywać na rozmowę do sali konferencyjnej. Gdy przyszła moja kolej – a byłam trzecia – weszłam do pomieszczenia, spoglądając na zebrane za stołem trzy osoby. Jak się dowiedziałam, na środku siedział sam Naczelnik, pan Jan Kabura. Po jego prawicy siedział kadrowy, starszy mężczyzna o nieco smutnej twarzy, pan Robert Skowron. Po jego lewicy zaś znajdowała się kobieta na oko po trzydziestce, wyglądająca na dość energiczną – Anna Szmyk. Jak mi powiedziano, kierowniczka referatu do którego aplikowałam. W chwili gdy wchodziłam, Naczelnik bawił się właśnie długopisem – włączając go i wyłączając – i ta czynność pochłaniała go najwyraźniej niezmiernie.Stanęłam w drzwiach, wybąkawszy jedynie szybkie „Dzień Dobry”, czując jak ma pewność siebie gdzieś się ulatnia.
- Pani Monika K.? Proszę wejść – to odezwała się kierowniczka.
Weszłam głębiej, podeszłam do stołu prezydialnego, jeśli tak można to nazwać, czując się jak na maturze.
- Proszę usiąść – usłyszałam i posłusznie usiadłam.
- Pani Moniko – odezwał się tym razem kadrowy. - Ukończyła pani ekonomię, tak?
Przytaknęłam, lekko zmieszana nieco bezsensownym pytaniem. Wszak wszystkie informacje mieli w moich dokumentach, leżących przed nimi.
- A dlaczego chciałaby pani pracować w naszym Urzędzie?
- Napisałam to w liście motywacyjnym. Praca w Urzędzie pozwoli mi zdobyć doświadczenie, a jednocześnie sama posiadam sporo umiejętności, jakie mogą się przydać Urzędowi. Doskonale posługuję się komputerem, piszę z szybkością niemal dwustu znaków na minutę...
- No, taka szybkość pisania u nas jest nie potrzebna, zwłaszcza w dziale do którego pani aplikuje, prawda pani kierownik? – kadrowy spojrzał w stronę kobiety z lekko drwiącym uśmiechem na twarzy.
- Owszem. Ja mam jednak do Pani pewne pytanie pani Moniko – kierowniczka również się uśmiechnęła, nieco diabełkowato. – Czy nie obawia się pani odpowiedzialności, jaka będzie spoczywała na pani w związku z terminowym przygotowywaniem interpretacji w trybie w trybie artykułu 14a Ordynacji Podatkowej?
Zbaraniałam. Fakt, widziałam Ordynację na oczy, poprzedniego dnia wieczorem, zaraz po tym, jak dowiedziałam się, że zaproszono mnie na rozmowę. Ale o czym mówi artykuł 14a? Miałam nadzieję, że na mej twarzy nie pojawiło się najmniejsze zwątpienie, gdy odpowiadałam.
- Oczywiście, że odpowiedzialność jest ogromna. Niemniej jestem pewna że będę w stanie ją udźwignąć i poradzić sobie z jej ciężarem oraz dochować wszelkich terminów – w duchu dodając „jakiekolwiek by nie były”.
Moja odpowiedź była chyba prawidłowa. Zadano mi jeszcze dwa pytania i podziękowano, prosząc bym poczekała w poczekalni na wyniki rekrutacji.
***
Nie czekałam długo. Po kilkunastu minutach, w trakcie których produkowały się pozostałe dziewczyny, wychodzące po kolei z rozmowy z wypiekami na twarzach – a jedna na granicy płaczu – zostałyśmy całą szóstką
ponownie zaproszone do sali konferencyjnej. Cała trójca stała, z uroczystymi minami, pan Naczelnik nawet się uśmiechnął na wpół przytomnie. Głos zabrał jednak kadrowy.
- Bardzo dziękuję paniom za zainteresowanie naszą ofertą. Jesteśmy zaszczyceni, że tak wiele pięknych i świetnie wykształconych młodych kobiet zainteresowanych było trudną i odpowiedzialną pracą w Urzędzie Skarbowym w Pcimiu.
Na twarzach pozostałych pięknych i świetnie wykształconych kobiet wykwitły głupkowate uśmiechy. Ja spokojnie czekałam na ciąg dalszy przemowy.
- Niestety, mogliśmy wybrać tylko jedną z was. Pani Monika K. od pierwszego zacznie u nas pracę – spojrzał
się na mnie.
Odgłosy rozczarowania były ciche, lecz poczułam wyraźnie wrogie spojrzenia, usłyszałam szepty „pewnie po
znajomości”.
- Dziękuję pozostałym paniom, zaś panią pani Moniko, poproszę ze mną w celu przygotowania dokumentów.
Oczywiście doczekałam się spojrzeń, niedwuznacznie sugerujących jakie to znajomości pozwoliły mi dostać tą pracę. Czując jak pałają mi policzki poszłam za kadrowym do jego gabinetu. Kadrowy zasiadł za biurkiem, wyciągając plik papierów, wręczając mi go.
- Tutaj są skierowania do lekarzy na podstawowe badania medyczne, proszę przeprowadzić badania jak najszybciej, pan Naczelnik pragnąłby, by zaczęła pani pracować od pierwszego – w jego oczach pojawił się lekki błysk. – Lecz chcę by pani wiedziała coś jeszcze.
- Co takiego? – nieomal wyszeptałam, czując się nieswojo.
- O zatrudnieniu pani zadecydowały dwa powody. Wśród tych zebranych pań była pani najlepszą kandydatką, z najlepszym wykształceniem. Wykazała się pani sporym opanowaniem, w porównaniu przynajmniej z innymi.
Skończył, lecz w jego spojrzeniu widziałam, iż czeka na moje pytanie. Więc je zadałam.
- Drugi powód? – odparł. – Cóż, panu Naczelnikowi spodobał się żart z herbatą.
Zabrakło mi słów.
Małe wyjaśnienie:
Miasteczko Pcim, w którym toczy się akcja opowiadania jest to całkowicie fikcyjne miasto powiatowe, położone z założenia gdzieś w województwie mazowieckim - i nie ma nic wspólnego z Pcimiem w województwie małopolskim."

Mam nadzieję, że się podobało? ;) Ciąg dalszy zapewne nastąpi.